25 listopada 2020

I

 

Sześć miesięcy wcześniej, Denver


           - Dziś wieczorem jest impreza u Sophii, widzimy się? - zapytał Ian, zerkając z nadzieją na Skylar. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, jednak uśmiech ten szybko zniknął z jej twarzy.
- Nie mogę, mam naukę - wzruszyła ramionami i włożyła dłonie do kieszeni bluzy. Nie miała ochoty na imprezy odkąd oddała się książkom. Chciała już tylko skończyć szkołę i pożegnać stres z nią związany.
- W piątek wieczorem? Skylar, to ostatnia klasa liceum, przecież Ty idziesz na ASP. Jakby się uprzeć, to nawet nie potrzebujesz zbyt dobrych ocen.
- Nie idę na ASP - przystanęła i spojrzała przyjacielowi w oczy. Dzień był bardzo nieprzyjemny, ponury. Wiatr targał włosy Skylar na wszystkie możliwe strony. Odgarnęła je za ucho, jednak pomogło to tylko na sekundę - Mam zamiar studiować prawo - kontynuowała. Ian zmarszczył brwi i przez moment przyglądał się twarzy przyjaciółki. Szukał na niej jakiegoś drobnego uśmiechu, który zdradziłby, że Skylar tylko żartuje. Chwilę mu zajęło, zanim się otrząsnął i uświadomił, że dziewczyna mówi poważnie. Skylar odwróciła twarz i powolnym krokiem znowu ruszyła przed siebie.
- O czym Ty w ogóle mówisz? Jakie prawo? Przecież Ty nigdy nie chciałaś takiego życia, Sky... - blondyn był widocznie przejęty. Kochał Skylar jak siostrę, wiedział o czym marzyła i znał ją najlepiej na świecie. Dlatego też wiedział, że decyzja Roberts nie była w stu procentach jej.
- Ja nie - wydukała cicho. Przyglądała się otaczającej ich okolicy. Chodziła tutaj do szkoły od tylu lat, ale dopiero teraz okoliczna przyroda wydała jej się ciekawa. Wysokie korony drzew wydawały się teraz najlepszym obiektem do zawieszenia na nich wzroku i oddaniu się lekkiej nostalgii - Rodzice chcą żebym poszła w ich ślady. Nie chcą żeby mi czegoś w życiu brakowało. Poza tym od dłuższego czasu nie umiem zainteresować się z powrotem sztuką - poprawiła torbę na ramieniu i spuściła wzrok na swoje buty. Nieco znoszone czarne trampki nosiły już ślady użytkowania, białe sznurówki nadawały się już do prania, jednak Skylar zawsze brakowało na to czasu. Od kiedy rodzice nakazali jej studiowanie prawa, cały wolny czas spędzała na nauce. Zarywała noce na uczenie się wszystkich rzeczy, które w ogóle jej nie interesowały. Dłonie drżały jej coraz bardziej od nadmiaru kawy i napojów energetycznych. Pod oczami malowało się zmęczenie w postaci cieni.
- Nie możesz zainteresować się sztuką, bo cały czas skupiasz się na nauce. Nie możesz oddać się cała malowaniu jeżeli z tyłu głowy ciągle masz zagadnienia na sprawdziany - Ian przewrócił oczami i westchnął tylko. Miał rację, oczywiście, że miał. Ale co mogła zrobić? Nie chciała nikogo zawieść, zawsze robiła co w jej mocy żeby każdego zadowolić. Być może nie interesowało jej bycie prawnikiem, ale rodzice mieli rację - to bardziej przyszłościowy kierunek. Skylar posłała przyjacielowi smutny uśmiech i jednie wzruszyła ramionami. Nie mogła nic poradzić. Nie chciała nic poradzić. Poza tym, ostatnio i tak czuła się dziwnie obco i nieswojo na imprezach swoich znajomych. Pewnie bez względu na to co planowała robić wieczorem i tak nie poszłaby z Ianem.

           - Pójdę już na górę, mam sporo nauki - poinformowała Skylar przy rodzinnej kolacji. Odłożyła sztućce na talerz, nie bardzo wiedząc czego może się spodziewać.
- Jak w szkole? - głos matki był oschły i pozbawiony emocji. Zawsze taki był. Skylar od dziecka kojarzyła ją z Królową Śniegu. Elizabeth była piękna, to po niej córka odziedziczyła wdzięk i urodę. Była jednak zimna jak lód. Jej wzrok przeszywał człowieka na wylot, zmuszał do opuszczenia głowy. Skylar nigdy nie lubiła patrzeć w oczy matki. Czuła wtedy jakby patrzyła w zimną, przerażającą pustkę. Nigdy nie lubiła zapraszać do siebie znajomych, bo wiedziała, że każdy czuł się u niej obco i nieswojo. Wiedziała, że matka kocha ją na swój własny sposób. Nigdy jednak tego od niej nie usłyszała. Kiedy Skylar miała sześć lat i przewróciła się na rowerze, poprosiła matkę o pocałowanie zadrapania. Elizabeth zrobiła to bardzo niechętnie, a sam pocałunek pomógł tylko ze względu na swoją niską temperaturę.
- Dobrze - odpowiedziała, patrząc ciągle na swój wpół pełny talerz - jestem na bieżąco z materiałem.
- Powinnaś być z nim do przodu - skomentowała chłodno, przeżuwając rozgotowaną marchew, po czym przeniosła uwagę na męża - Aiden, może coś powiesz?
Pan Roberts podniósł leniwie wzrok znad talerza, patrząc to na żonę, to na córkę. Na jego ciemnych włosach zaczęły pojawiać się srebrzyste przebłyski. Wyglądał na zmęczonego. Albo znudzonego. Albo jedno i drugie. Zawsze wydawał się być nieobecny i niezainteresowany życiem rodzinnym. Uciekał w swój pracoholizm i godzinami ślęczał nad aktami spraw.
- Bardzo smaczna kolacja - skomentował lakonicznie i powrócił do bawienia się jedzeniem. Elizabeth westchnęła cicho, ale poza tym prawie niesłyszalnym westchnięciem nie dała po sobie poznać zmęczenia, czy jakiejkolwiek emocji. Skylar uśmiechnęła się nieszczerze, wstała od stołu, a po umyciu swojego talerza ruszyła z powrotem do pokoju. Spędzała tam całe dnie, właściwie czuła, że nie potrzebuje całej reszty domu. I tak ledwo ją znała.

           Za oknami było już ciemno, jedynymi światłami były latarnie miejskie. W pokoju Skylar panował klimatyczny nastrój. Ciepła barwa światła delikatnie oświetlała sypialnię. Na komodzie paliły się świece o zapachu jabłka z cynamonem. Młoda Roberts siedziała przy biurku pod oknem. Na notatki padało delikatne światło lampki biurowej. Na blacie panował nieporządek, walały się na nim notatki i podręczniki. Znalazł się na nim też cyfrowy aparat Skylar, z którym niegdyś się nie rozstawała. W pokoju rozległ się syk otwieranej puszki z napojem energetycznym. Wyprostowała się i oparła o krzesło. Pociągnęła łyk napoju, zatapiając wzrok w obraz za oknem. Przyglądała się domowi starszej sąsiadki, Pani Lynch. Skylar nie znała swoich dziadków, jej sąsiadka była dla niej prawie jak babcia. Na balkonie pojawił się nagle młody chłopak o blond włosach. Roberts poprawiła się na krześle, przyglądając się młodzieńcowi. Kojarzyła go. Był wnukiem Pani Lynch. Pamiętała, że jak miała może dziesięć lat chłopak w raz z rodzeństwem odwiedził babcię na święta. Bardzo się zmienił od tamtego czasu - nic dziwnego, w końcu minęła prawie dekada. Kiedy widziała go ostatnim razem był chudy, zgarbiony, jego ubrania były zbyt luźne. Grał w hokeja wraz z braćmi na zamarzniętym jeziorze za domami. Skyler sama nie wyglądała lepiej. Jej dwa kucyki podskakiwały naprzemiennie kiedy chodziła. Na zębach nosiła aparat, przez który delikatnie sepleniła. Jej niewyraźna mowa bardzo jej przeszkadzała, dlatego nie lubiła poznawać nowych ludzi i z nimi rozmawiać. Poza tym sama była chuda jak patyk. Teraz blond włosy Lyncha lśniły w świetle księżyca, a grzywka opadała mu na twarz, ale wydawał się tym nie przejmować. Myślał nad czymś intensywnie, opierając się o balustradę. Zapatrzony był w przestrzeń, zaciągał się papierosem, którego chwilę później wyrzucił za balkon. Skylar mimowolnie sięgnęła po aparat i zrobiła mu zdjęcie. Było w nim coś hipnotyzującego, coś co sprawiało, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Był po prostu piękny, porównałaby go do greckiego boga. Przeszły ją ciarki kiedy spojrzała na jego nagi tors. Był październik, noce były bardzo chłodne. A on stał tam bez koszulki, patrząc w gwiazdy tak, jakby nic innego nie miało znaczenia. Księżyc rzucał delikatne światło na jego ciało, dzięki czemu dało się dostrzec zarys jego mięśni. Odgarnął włosy z czoła i odepchnął się od balustrady, po czym wrócił do domu, pozostawiając Skylar w zadumie i zachwycie. Nagle zalała ją ogromna nadzieja na to, że gdzieś w pokoju ma czyste płótno. Leniwie odsunęła się od biurka, podążając powoli do szafy, w której trzymała akcesoria do malowania.

——————————————–———————

Czekam na Wasze opinie i konstruktywną krytykę w komentarzach 🥺


24 listopada 2020

Prolog

 


            Każda zmarszczka na jego twarzy, kiedy się uśmiechał lub nad czymś zastanawiał. Jego gniewnie zmarszczony nos, kiedy coś szło nie po jego myśli. Kolor jego oczu, gęstość jego rzęs. Kasztanowe tęczówki, świdrujące ją wzrokiem. Kształt jego ust, idealnie białe i proste zęby. Niesforna, tleniona czupryna, kosmyki blond włosów opadających mu na czoło i przysłaniających widok. Pamiętała to wszystko tak dokładnie, że obudzona w środku nocy i zapytana o jakikolwiek szczegół jego twarzy czy ciała odpowiedziałaby bez zawahania. Studiowała jego ciało i przyglądała mu się każdego pojedynczego dnia. Była nim zafascynowana, jak mała dziewczynka, którą ktoś po raz pierwszy zabrał do wesołego miasteczka. Patrząc na niego rodziła się w niej ciągła chęć sięgania po ołówek. Żałowała, że nie może zawsze mieć go przy sobie, żeby uwieczniać każdy moment jego życia. Był perfekcyjny. Perfekcyjny w każdym calu i żaden rysunek nie był w stanie tego oddać. Był jej inspiracją. Był...no właśnie, kim?

           - Doktorze, widać jakieś postępy?
- Stan pańskiej siostry jest stabilny, bez zmian. - mruknął lekarz, nie podnosząc wzroku z papierów, które trzymał w dłoni. Chłopak spojrzał na niego z rozczarowaniem. Skylar spoglądała na nich spod wpół przymkniętych powiek. Czuła się potwornie zagubiona, w skupieniu na czymkolwiek przeszkadzał jej przeszywający ból głowy. Niczego nie rozumiała. Z jej ust wydarł się cichutki jęk bólu i niezrozumienia. Twarze dwóch mężczyzn błyskawicznie zwróciły się w jej stronę. Znajomy błysk brązowych oczu wprawił ją w osłupienie. Przez jeden krótki, nieuchwytny moment wydawał się on być jedynym co zdołała zapamiętać. Nieznośny ból głowy zaczął narastać, światło nagle stało zbyt białe, zbyt jasne, zbyt widoczne.
- Obudziła się - szepnął blondwłosy młodzieniec z wyraźną ulgą. Lekarz przewrócił oczami, wyjmując z kieszeni kitla niebieski długopis.
- Jest pan bardzo spostrzegawczy, zastanawiał się pan nad medycyną? - skomentował sarkastycznie, jednak sam ledwo ukrył zadowolenie w głosie. Chłopiec zmarszczył brwi, ale chwilę później znowu skupił uwagę na poobijanej szatynce. Siniaki i zadrapania były już znacznie mniej widoczne, ale nadal nie wygoiły się w stu procentach.
- Wiesz jak się nazywasz? - zwrócił się do niej doktor, ona jednak ciągle wpatrywała się w chłopaka, który wydawał się być z jej snu.
- Ross? - wydukała - twoja siostra jest tutaj?
- Znasz moje imię? - spytał, nie mogąc ukryć szoku i nutki strachu, które szybko się ulotniły i ustąpiły miejsca niesamowitej grze aktorskiej - To znaczy, pamiętasz moje imię? 
Skylar próbowała poruszyć dłońmi. Chciała rozmasować nimi bolące ją skronie, jednak okazało się, że każdy, bez wyjątku, ruch jest bolesny. Jęknęła i poczuła się nagle niesamowicie zmęczona, czuła, jak ulatują z niej resztki sił, które były w niej jeszcze sekundę temu. 
- Moment, więc jak masz na imię? - zapytał zdezorientowany doktor Smith, patrząc to na nią, to na chłopaka.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dzień dobry. Bardzo mi dziwnie pisać fanfiction po tylu latach, nie wiem nawet czy się przyjmie, aczkolwiek tęsknie za tym i zawsze można próbować. Pandemia nie wpływa na mnie najlepiej, więc wróciłam do starych nawyków. Może akurat Wy też wrócicie i poczytacie trochę o losach naszej Skylar i Rossa. Prolog jest króciutki, mało zdradza i być może brzmi Wam znajomo - jeżeli czytaliście początek mojego bloga w 2016. Nigdy nie rozwinęłam dalej, ale pomysł ciągle we mnie tkwił i oto jest ulepszona wersja starego opowiadania.