15 lutego 2021

II

           Głośny i nieprzyjemny dźwięk budzika wyrwał ją ze snu. Gwałtownie podniosła się do pozycji siedzącej i przetarła twarz dłońmi brudnymi od farby. Westchnęła zrezygnowana, zmęczona, niewyspana. Najchętniej przykryłaby się kocem po same uszy i została w łóżku cały dzień. Do jej głowy napłynęły nagle wspomnienia minionej nocy i błyskawicznie przeniosła wzrok na drugą stronę łóżka, gdzie leżało płótno z jej nowym dziełem. Farba była jeszcze na wpół mokra, obraz był niedokończony. Przedstawiał młodego Lyncha na balkonie, jednak Skylar nie znała koloru jego oczu, przez co zostawiła je puste. Portret podpisała ,,narodziny boga" cokolwiek miało to znaczyć.
           

           Tego dnia w szkole było niesamowicie zimno. A może to po prostu Skylar marzła już z niewyspania. Bolały ją oczy, zdawało się jakby jej powieki były z ołowiu, a w walce o utrzymanie ich otwartych była z góry na pozycji przegranej. Nie mogła skoncentrować się na słowach nauczyciela. Co gorsza, czuła, że nawet nie chce tego robić. Nie interesowały jej te wszystkie obliczenia, pierwiastki i delty. Miałe dziwne przeczucie, że w jej własnym życiu nie gra głównej roli. Że w ogóle nie żyje swoim życiem, że był to tylko scenariusz napisany przez kogoś, a ona musiała tylko się do tego dostosowywać. 
Za oknem korony drzew chyliły się ku dołowi. Niebo było szare i ponure, świat tonął w strugach deszczu. 
Na ostatniej stronie zeszytu Skylar szkicowała swojego nowego sąsiada. Myślała o nim bez przerwy. Tak samo jak o tym, że wreszcie po długiej przerwie znów udało jej się coś namalować. Tęskniła za tym uczuciem, kiedy pędzel wydawał się być przedłużeniem jej dłoni. Tęskniła za zapachem farb, za mieszaniem ich ze sobą, za patrzeniem na postępy na płótnie. Gdyby tylko mogła żyć ze sztuki, gdyby rodzice ją rozumieli i wspierali. Niestety widzieli w artystach tylko niewyedukowanych nieudaczników, którzy nie są wystarczająco dobrzy, aby znaleźć pracę. Elizabeth nigdy nie zachowała żadnego rysunku od Skylar, żadne jej dzieło nigdy nie zawisło na lodówce, tak jak w domach jej koleżanek i kolegów. Jej lodówka zawsze była nieskalana żadnym magnesem, obrazkiem, przypomnieniem. Na ścianach nie wisiały żadne zdjęcia, właściwie to nawet nie mieli ich zbyt wiele. Jej dom wydawał się być pusty i obcy. Dlatego nienawidziła tam przebywać. Jednak czuła, że utknęła tam jeszcze na jakiś czas, przecież ciągle musiała poświęcać czas nauce. 
           Rozmyślała tak o wszystkim, tylko nie o lekcji. Zastanawiała się jakiego koloru są oczy jej sąsiada. Pomyślała, że bardzo pasowałyby mu niebieskie. Tak bardzo chciałaby w nie spojrzeć i móc odwzorować je na płótnie. Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek, jednak nie sprowadził jej do końca na ziemię. Przez szkolny korytarz szła w świecie swoich marzeń i myśli. Kosmyk jej brązowych włosów zsunął się nagle i przysłonił jej widok, jednak szybko zaczesała go z powrotem za ucho i dokładnie w tym momencie poczuła ból w ramieniu, a wszystkie zeszyty, które trzymała w dłoniach upadły na podłogę. Skylar przykucnęła szybko i zaczęła je zbierać, przepraszając w kółko chłopaka, na którego wpadła. 
- W porządku, mam wrażenie, że to Ty bardziej cierpisz - zaśmiał się, wskazując wzrokiem na jej ramię. Uśmiechnęła się lekko i przyjrzała się rówieśnikowi. Był bardzo blady, przez co cienie pod jego oczami były niemożliwe do niezauważenia. Jego lekko za długa, czarna grzywka opadała mu na czoło, a szczupłe ręce drżały lekko, kiedy pomagał Skylar zbierać notatki. 
- Przeżyję. Jestem ostatnio bardzo niewyspana, to musiało się stać prędzej czy później - skomentowała i podniosła się powoli do pozycji stojącej, odbierając od bruneta ostatni zeszyt. Uśmiechnął się do niej szczerze i ze współczuciem, po czym sięgnął do kieszeni po uprzednim rozejrzeniu się dookoła. Wyciągnął do Skylar dłoń, którą dziewczyna uścisnęła nieśmiało. 
- Michael - przedstawił się i mrugnął do niej - myślę, że to może pomóc na twoje niewsypanie - Szatynka spojrzała  na niego, nie rozumiejąc do końca jak jego imię mogłoby jej pomóc, jednak kiedy ten delikatnie wysunął dłoń z jej dłoni, poczuła, że coś w niej pozostawił. Spojrzała na plastikowy woreczek z białym proszkiem w środku i szybko ukryła go z powrotem w ręce. 
- Ja nie... - zawahała się na moment - nie korzystam z takich środków - oznajmiła, po czym ponownie wyciągnęła dłoń w jego stronę, chcąc mu oddać jego własność. Ten jednak wsunął ręce do kieszeni i wzruszył tylko ramionami.
- Pierwsze gratis, koleżanko. Tylko spróbuj, a jak pomoże, to wiesz gdzie mnie szukać - znów do niej mrugnął, oddalając się powoli. I nie, wcale nie wiedziała, gdzie go szukać. Nie wiedziała nawet co trzyma ciągle w dłoni i jak się tego używa. Rozejrzała się dookoła, chcąc upewnić się, że nikt jej nie obserwuje, po czym wsunęła pakuneczek do torby. 

***

           - Amfetamina - skomentował Ian, odwracając się na krześle w stronę Skylar - wciąga się to. Najlepiej od razu spuść to w toalecie. 
- Nie rozumiem dlaczego uznał, że mogłoby mi to pomóc z moim zmęczeniem - wyznała szczerze, patrząc na przyjaciela. Swoją drogą zastanawiała się skąd chłopak tyle wie o używkach. Miała tylko nadzieję, że nigdy tego nie próbował. 
- Bo amfetamina pobudza. No, a poza tym, poprawia koncentrację - chłopak przyglądał się narkotykowi dość uważnie. Biały proszek tworzył spory kontrast z jego ciemną skórą. Skylar uważała, że jest bardzo przystojny. Poza tym był cudownym człowiekiem i zawsze chciała dla niego wszystkiego co najlepsze. Marzyła też, że chłopak znajdzie w końcu odpowiednią partnerkę, która da mu szczęście i poczucie bezpieczeństwa. - Ale nawet o tym nie myśl - dodał nagle, co znów zwróciło na niego uwagę Skylar. 
- Ale o czym?
- To, że pobudza wcale nie jest dobre. Teraz nie śpisz, bo się uczysz i nie masz czasu, ale po tym po prostu nie będziesz czuła senności. Nie sądzę, że na dłuższą metę jest to dobry sposób walki z bezsennością. Ale to ze względu na zwiększone skupienie studenci się od tego uzależniają. 
- Skąd tyle o tym wiesz, co? - zaśmiała się, przejmując od Iana woreczek. Obracała go w palcach patrząc jak proszek przesypuje się z góry na dół. 
- Koleżanko, z chemii nie mam sobie równych - odpowiedział z dumą - dlatego też wiem, że chemia między nami jest na niewyobrażalnie wysokim poziomie - uniósł dwukrotnie brwi, a Skylar zaśmiała się, uderzając go delikatnie w ramię. Wiedziała, że żartował, chociaż parę lat wcześniej, kiedy oboje cierpieli po zerwaniu ze swoimi partnerami, obiecali sobie nawzajem, że jeśli nie poznają nikogo do trzydziestki wezmą ze sobą ślub. Jednak Skylar wiedziała, że Ian nadal był zakochany w swojej byłej dziewczynie i ciągle łudził się, że jeszcze kiedyś ich drogi się spotkają. Chciała, aby przyjaciel był szczęśliwy, ale nie przepadała za tą dziewczyną. Uważała, że Ian zasługiwał na kogoś lepszego i bardzo chciała mu w tym pomóc, jednak nie miała pojęcia jak. 



***

       To był kolejny wieczór, kiedy Skylar nie mogła spać. W swoim na wpół ciemnym pokoju przypatrywała się notatkom, a litery zaczynały rozmywać się w jej oczach. W głowie ciągle słyszała słowa matki o tym, że powinna wyprzedzić materiał. Zmęczenie przejmowało nad nią kontrolę, kiedy z całych sił starała się skupić na słowach zapisanych na kartce. W cichym pokoju słychać było tylko pękające bąbelki napoju energetycznego. Nie mogła już nawet patrzeć na te wszystkie napoje z kofeiną, które wypijała w ostatnim czasie. Wyprostowała się na krześle ziewając, a jej oczy zaszkliły się pod wpływem senności. Sięgnęła do torebki i drżącymi od nadmiaru kofeiny dłońmi wyciągnęła woreczek z amfetaminą. Przyglądała mu się chwilę, zastanawiając się w jaki sposób zażywa się substancję. Jak odmierzyć odpowiednią ilość i skąd wiedzieć jaka jest odpowiednia ilość. Westchnęła i wrzuciła torebeczkę do szuflady biurka, a później oparła czoło o dłonie, starając się zebrać resztki swojej motywacji aby wrócić do nauki. 

25 listopada 2020

I

 

Sześć miesięcy wcześniej, Denver


           - Dziś wieczorem jest impreza u Sophii, widzimy się? - zapytał Ian, zerkając z nadzieją na Skylar. Dziewczyna uśmiechnęła się lekko, jednak uśmiech ten szybko zniknął z jej twarzy.
- Nie mogę, mam naukę - wzruszyła ramionami i włożyła dłonie do kieszeni bluzy. Nie miała ochoty na imprezy odkąd oddała się książkom. Chciała już tylko skończyć szkołę i pożegnać stres z nią związany.
- W piątek wieczorem? Skylar, to ostatnia klasa liceum, przecież Ty idziesz na ASP. Jakby się uprzeć, to nawet nie potrzebujesz zbyt dobrych ocen.
- Nie idę na ASP - przystanęła i spojrzała przyjacielowi w oczy. Dzień był bardzo nieprzyjemny, ponury. Wiatr targał włosy Skylar na wszystkie możliwe strony. Odgarnęła je za ucho, jednak pomogło to tylko na sekundę - Mam zamiar studiować prawo - kontynuowała. Ian zmarszczył brwi i przez moment przyglądał się twarzy przyjaciółki. Szukał na niej jakiegoś drobnego uśmiechu, który zdradziłby, że Skylar tylko żartuje. Chwilę mu zajęło, zanim się otrząsnął i uświadomił, że dziewczyna mówi poważnie. Skylar odwróciła twarz i powolnym krokiem znowu ruszyła przed siebie.
- O czym Ty w ogóle mówisz? Jakie prawo? Przecież Ty nigdy nie chciałaś takiego życia, Sky... - blondyn był widocznie przejęty. Kochał Skylar jak siostrę, wiedział o czym marzyła i znał ją najlepiej na świecie. Dlatego też wiedział, że decyzja Roberts nie była w stu procentach jej.
- Ja nie - wydukała cicho. Przyglądała się otaczającej ich okolicy. Chodziła tutaj do szkoły od tylu lat, ale dopiero teraz okoliczna przyroda wydała jej się ciekawa. Wysokie korony drzew wydawały się teraz najlepszym obiektem do zawieszenia na nich wzroku i oddaniu się lekkiej nostalgii - Rodzice chcą żebym poszła w ich ślady. Nie chcą żeby mi czegoś w życiu brakowało. Poza tym od dłuższego czasu nie umiem zainteresować się z powrotem sztuką - poprawiła torbę na ramieniu i spuściła wzrok na swoje buty. Nieco znoszone czarne trampki nosiły już ślady użytkowania, białe sznurówki nadawały się już do prania, jednak Skylar zawsze brakowało na to czasu. Od kiedy rodzice nakazali jej studiowanie prawa, cały wolny czas spędzała na nauce. Zarywała noce na uczenie się wszystkich rzeczy, które w ogóle jej nie interesowały. Dłonie drżały jej coraz bardziej od nadmiaru kawy i napojów energetycznych. Pod oczami malowało się zmęczenie w postaci cieni.
- Nie możesz zainteresować się sztuką, bo cały czas skupiasz się na nauce. Nie możesz oddać się cała malowaniu jeżeli z tyłu głowy ciągle masz zagadnienia na sprawdziany - Ian przewrócił oczami i westchnął tylko. Miał rację, oczywiście, że miał. Ale co mogła zrobić? Nie chciała nikogo zawieść, zawsze robiła co w jej mocy żeby każdego zadowolić. Być może nie interesowało jej bycie prawnikiem, ale rodzice mieli rację - to bardziej przyszłościowy kierunek. Skylar posłała przyjacielowi smutny uśmiech i jednie wzruszyła ramionami. Nie mogła nic poradzić. Nie chciała nic poradzić. Poza tym, ostatnio i tak czuła się dziwnie obco i nieswojo na imprezach swoich znajomych. Pewnie bez względu na to co planowała robić wieczorem i tak nie poszłaby z Ianem.

           - Pójdę już na górę, mam sporo nauki - poinformowała Skylar przy rodzinnej kolacji. Odłożyła sztućce na talerz, nie bardzo wiedząc czego może się spodziewać.
- Jak w szkole? - głos matki był oschły i pozbawiony emocji. Zawsze taki był. Skylar od dziecka kojarzyła ją z Królową Śniegu. Elizabeth była piękna, to po niej córka odziedziczyła wdzięk i urodę. Była jednak zimna jak lód. Jej wzrok przeszywał człowieka na wylot, zmuszał do opuszczenia głowy. Skylar nigdy nie lubiła patrzeć w oczy matki. Czuła wtedy jakby patrzyła w zimną, przerażającą pustkę. Nigdy nie lubiła zapraszać do siebie znajomych, bo wiedziała, że każdy czuł się u niej obco i nieswojo. Wiedziała, że matka kocha ją na swój własny sposób. Nigdy jednak tego od niej nie usłyszała. Kiedy Skylar miała sześć lat i przewróciła się na rowerze, poprosiła matkę o pocałowanie zadrapania. Elizabeth zrobiła to bardzo niechętnie, a sam pocałunek pomógł tylko ze względu na swoją niską temperaturę.
- Dobrze - odpowiedziała, patrząc ciągle na swój wpół pełny talerz - jestem na bieżąco z materiałem.
- Powinnaś być z nim do przodu - skomentowała chłodno, przeżuwając rozgotowaną marchew, po czym przeniosła uwagę na męża - Aiden, może coś powiesz?
Pan Roberts podniósł leniwie wzrok znad talerza, patrząc to na żonę, to na córkę. Na jego ciemnych włosach zaczęły pojawiać się srebrzyste przebłyski. Wyglądał na zmęczonego. Albo znudzonego. Albo jedno i drugie. Zawsze wydawał się być nieobecny i niezainteresowany życiem rodzinnym. Uciekał w swój pracoholizm i godzinami ślęczał nad aktami spraw.
- Bardzo smaczna kolacja - skomentował lakonicznie i powrócił do bawienia się jedzeniem. Elizabeth westchnęła cicho, ale poza tym prawie niesłyszalnym westchnięciem nie dała po sobie poznać zmęczenia, czy jakiejkolwiek emocji. Skylar uśmiechnęła się nieszczerze, wstała od stołu, a po umyciu swojego talerza ruszyła z powrotem do pokoju. Spędzała tam całe dnie, właściwie czuła, że nie potrzebuje całej reszty domu. I tak ledwo ją znała.

           Za oknami było już ciemno, jedynymi światłami były latarnie miejskie. W pokoju Skylar panował klimatyczny nastrój. Ciepła barwa światła delikatnie oświetlała sypialnię. Na komodzie paliły się świece o zapachu jabłka z cynamonem. Młoda Roberts siedziała przy biurku pod oknem. Na notatki padało delikatne światło lampki biurowej. Na blacie panował nieporządek, walały się na nim notatki i podręczniki. Znalazł się na nim też cyfrowy aparat Skylar, z którym niegdyś się nie rozstawała. W pokoju rozległ się syk otwieranej puszki z napojem energetycznym. Wyprostowała się i oparła o krzesło. Pociągnęła łyk napoju, zatapiając wzrok w obraz za oknem. Przyglądała się domowi starszej sąsiadki, Pani Lynch. Skylar nie znała swoich dziadków, jej sąsiadka była dla niej prawie jak babcia. Na balkonie pojawił się nagle młody chłopak o blond włosach. Roberts poprawiła się na krześle, przyglądając się młodzieńcowi. Kojarzyła go. Był wnukiem Pani Lynch. Pamiętała, że jak miała może dziesięć lat chłopak w raz z rodzeństwem odwiedził babcię na święta. Bardzo się zmienił od tamtego czasu - nic dziwnego, w końcu minęła prawie dekada. Kiedy widziała go ostatnim razem był chudy, zgarbiony, jego ubrania były zbyt luźne. Grał w hokeja wraz z braćmi na zamarzniętym jeziorze za domami. Skyler sama nie wyglądała lepiej. Jej dwa kucyki podskakiwały naprzemiennie kiedy chodziła. Na zębach nosiła aparat, przez który delikatnie sepleniła. Jej niewyraźna mowa bardzo jej przeszkadzała, dlatego nie lubiła poznawać nowych ludzi i z nimi rozmawiać. Poza tym sama była chuda jak patyk. Teraz blond włosy Lyncha lśniły w świetle księżyca, a grzywka opadała mu na twarz, ale wydawał się tym nie przejmować. Myślał nad czymś intensywnie, opierając się o balustradę. Zapatrzony był w przestrzeń, zaciągał się papierosem, którego chwilę później wyrzucił za balkon. Skylar mimowolnie sięgnęła po aparat i zrobiła mu zdjęcie. Było w nim coś hipnotyzującego, coś co sprawiało, że nie mogła oderwać od niego wzroku. Był po prostu piękny, porównałaby go do greckiego boga. Przeszły ją ciarki kiedy spojrzała na jego nagi tors. Był październik, noce były bardzo chłodne. A on stał tam bez koszulki, patrząc w gwiazdy tak, jakby nic innego nie miało znaczenia. Księżyc rzucał delikatne światło na jego ciało, dzięki czemu dało się dostrzec zarys jego mięśni. Odgarnął włosy z czoła i odepchnął się od balustrady, po czym wrócił do domu, pozostawiając Skylar w zadumie i zachwycie. Nagle zalała ją ogromna nadzieja na to, że gdzieś w pokoju ma czyste płótno. Leniwie odsunęła się od biurka, podążając powoli do szafy, w której trzymała akcesoria do malowania.

——————————————–———————

Czekam na Wasze opinie i konstruktywną krytykę w komentarzach 🥺


24 listopada 2020

Prolog

 


            Każda zmarszczka na jego twarzy, kiedy się uśmiechał lub nad czymś zastanawiał. Jego gniewnie zmarszczony nos, kiedy coś szło nie po jego myśli. Kolor jego oczu, gęstość jego rzęs. Kasztanowe tęczówki, świdrujące ją wzrokiem. Kształt jego ust, idealnie białe i proste zęby. Niesforna, tleniona czupryna, kosmyki blond włosów opadających mu na czoło i przysłaniających widok. Pamiętała to wszystko tak dokładnie, że obudzona w środku nocy i zapytana o jakikolwiek szczegół jego twarzy czy ciała odpowiedziałaby bez zawahania. Studiowała jego ciało i przyglądała mu się każdego pojedynczego dnia. Była nim zafascynowana, jak mała dziewczynka, którą ktoś po raz pierwszy zabrał do wesołego miasteczka. Patrząc na niego rodziła się w niej ciągła chęć sięgania po ołówek. Żałowała, że nie może zawsze mieć go przy sobie, żeby uwieczniać każdy moment jego życia. Był perfekcyjny. Perfekcyjny w każdym calu i żaden rysunek nie był w stanie tego oddać. Był jej inspiracją. Był...no właśnie, kim?

           - Doktorze, widać jakieś postępy?
- Stan pańskiej siostry jest stabilny, bez zmian. - mruknął lekarz, nie podnosząc wzroku z papierów, które trzymał w dłoni. Chłopak spojrzał na niego z rozczarowaniem. Skylar spoglądała na nich spod wpół przymkniętych powiek. Czuła się potwornie zagubiona, w skupieniu na czymkolwiek przeszkadzał jej przeszywający ból głowy. Niczego nie rozumiała. Z jej ust wydarł się cichutki jęk bólu i niezrozumienia. Twarze dwóch mężczyzn błyskawicznie zwróciły się w jej stronę. Znajomy błysk brązowych oczu wprawił ją w osłupienie. Przez jeden krótki, nieuchwytny moment wydawał się on być jedynym co zdołała zapamiętać. Nieznośny ból głowy zaczął narastać, światło nagle stało zbyt białe, zbyt jasne, zbyt widoczne.
- Obudziła się - szepnął blondwłosy młodzieniec z wyraźną ulgą. Lekarz przewrócił oczami, wyjmując z kieszeni kitla niebieski długopis.
- Jest pan bardzo spostrzegawczy, zastanawiał się pan nad medycyną? - skomentował sarkastycznie, jednak sam ledwo ukrył zadowolenie w głosie. Chłopiec zmarszczył brwi, ale chwilę później znowu skupił uwagę na poobijanej szatynce. Siniaki i zadrapania były już znacznie mniej widoczne, ale nadal nie wygoiły się w stu procentach.
- Wiesz jak się nazywasz? - zwrócił się do niej doktor, ona jednak ciągle wpatrywała się w chłopaka, który wydawał się być z jej snu.
- Ross? - wydukała - twoja siostra jest tutaj?
- Znasz moje imię? - spytał, nie mogąc ukryć szoku i nutki strachu, które szybko się ulotniły i ustąpiły miejsca niesamowitej grze aktorskiej - To znaczy, pamiętasz moje imię? 
Skylar próbowała poruszyć dłońmi. Chciała rozmasować nimi bolące ją skronie, jednak okazało się, że każdy, bez wyjątku, ruch jest bolesny. Jęknęła i poczuła się nagle niesamowicie zmęczona, czuła, jak ulatują z niej resztki sił, które były w niej jeszcze sekundę temu. 
- Moment, więc jak masz na imię? - zapytał zdezorientowany doktor Smith, patrząc to na nią, to na chłopaka.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dzień dobry. Bardzo mi dziwnie pisać fanfiction po tylu latach, nie wiem nawet czy się przyjmie, aczkolwiek tęsknie za tym i zawsze można próbować. Pandemia nie wpływa na mnie najlepiej, więc wróciłam do starych nawyków. Może akurat Wy też wrócicie i poczytacie trochę o losach naszej Skylar i Rossa. Prolog jest króciutki, mało zdradza i być może brzmi Wam znajomo - jeżeli czytaliście początek mojego bloga w 2016. Nigdy nie rozwinęłam dalej, ale pomysł ciągle we mnie tkwił i oto jest ulepszona wersja starego opowiadania.